WYWIAD

20.11.2012

Staram się być normalny

Z Juniorem Stressem rozmawia Jakub Kafel

"Wiele dostałem od życia dobrego. Zawsze to powtarzam. Nie wstydzę się tego, wręcz jestem dumny, bo wiem, że nie dostałem tego za darmo. Zasłużyłem sobie na to. Kiedy mówię "dziękuję", jest to naprawdę szczere i adekwatne do tego, co się działo w moim życiu. Od muzyki, poprzez szczęśliwe dzieciństwo, po przyjaciół, z którymi jestem..."

Z Juniorem Stressem podczas One Love Sound Fest 2012 rozmawiał Jakub Kafel

Junior Stress, Jurek Dress, Młody Weteran… a nie chciałeś nigdy na scenie być Marcelem Galińskim?

Ksywka została mi przybita jakby odgórnie i jej się trzymam. Pierwszych nagrań dokonałem pod pseudonimem, który sobie sam wymyśliłem. Było to za czasów, jak jeszcze próbowałem bezskutecznie malować graffiti. Totalnie nie mam do tego talentu. Byłem kiedyś Mag, od Marcel Adam Galiński. Był tez Supamag, a potem chyba Silver Dread i DJ OK przybili mi ksywkę po tacie - Junior Stress i tak zostało. Nigdy się jakoś nad tym nie zastanawiałem, żeby specjalnie wybierać pseudonim. Marcel Galiński to raczej takie…formalne jest.

Powszechnie jesteś kojarzony z muzyką reggae, sam jednak w wywiadach przyznajesz, że korzenie masz rapowe…

Na pewno tak, z tego względu, że pierwszą muzyką i kulturą, którą zacząłem świadomie odbierać była kultura hiphopowa i muzyka rap. To były takie pierwsze kroki, które stawiałem. Te pierwsze freestyle, nagrania były do bitów hip-hopowych. Oczywiście były też różne elementy raggamuffinowe, bo najbardziej jarałem się takim rapem, gdzie one były, np. Boogie Down Production czy nowojorscy raperzy, którzy mieli swoje korzenie gdzieś na Jamajce. Nimi się od początku najbardziej jarałem. Pierwszych swoich sił w każdym razie próbowałem w freestyle do bitów albo… klaskania.

Pogadajmy o nowej płycie: „to poszło w taką stronę, że teraz nagrywamy z całym zespołem, stało się to, co wymarzone, stało się i powstało nowe (…)”. Dom Kultury w Lublinie zaczyna cykl imprez Jamajski Dom Kultury. Obok King Stressa i Rasta Sepomatika widniejesz jako gość. Love Sen-C Music schodzi na drugi plan?

Broń Boże! Love Sen-C Music działa od zawsze i na zawsze. Czasami z lepszym skutkiem, a czasem z gorszym. Nieraz jest tak, że wszyscy są w rozjazdach, nie wiadomo gdzie, ale nigdy nie było czegoś takiego jak jakaś upadłość Love Sen-C Music. Fakt, faktem, ostatnio razem mało działamy, mało organizujemy imprez pod szyldem Love Sen-C Music. Rzadko udaje się spiknąć wszystkich, żebyśmy zagrali całym składem, rodzinnie. Z drugiej strony, na przykładzie tych imprez, o których wspomniałeś, cały czas działamy. Na pewno nie raz zagra tam Silver Dread, na pewno ja przyjdę, DJ OK też wcześniej czy później się tam zjawi, ale niekoniecznie pod banderą Love Sen-C Music. Tutaj też istotne jest to, że ten klub jest niewielki, to są środowe imprezy, więc nie ma takiego parcia na to, żebyśmy tam za każdym razem przychodzili z całą ekipą, bo stalibyśmy w kolejce, kto zagra (śmiech). A tak jest oficjalnie Rasta i King Stress, którzy stanowią trzon tych imprez, a my się będziemy tam pojawiali na zmianę. Myślę, że wcześniej czy później zdarzy się, że zagramy wszyscy razem, całą bandą. To jest na tej zasadzie. Zawsze potrafimy się zmobilizować, żeby wyjechać na festiwal w Ostródzie, zagrać jako Love Sen-C Music. Jak tylko jest taka możliwość organizujemy Marlejki, Toshki. Staramy się zadziałać i to tak funkcjonuje. Dość sporadycznie, ale nie mamy z tym problemu, żeby rozdzielać granie Juniora Stressa z Love Sen-C Music.

Już w Intro potwierdzasz, że tytuł "Dzięki" jest adekwatny do tematyki płyty. Jest komu dziękować za lata na scenie, Młody Weteranie?

Bez dwóch zdań! Wiele dostałem od życia dobrego. Zawsze to powtarzam. Nie wstydzę się tego, wręcz jestem dumny, bo wiem, że nie dostałem tego za darmo. Zasłużyłem sobie na to. Kiedy mówię „dziękuję”, jest to naprawdę szczere i adekwatne do tego, co się działo w moim życiu. Od muzyki, poprzez szczęśliwe dzieciństwo, po przyjaciół, z którymi jestem cały czas mega blisko. To wszystko się składa na taką całość, za którą jestem wdzięczny wielu ludziom i wielu sytuacjom, które się zdarzyły. W ogóle całej opatrzności. Dorosłem do tego, żeby w tym momencie, nie w innym, podziękować. Przestałem w pewnym momencie być dzieciakiem, obudziłem się, że naprawdę mam za co być wdzięczny. Nie ukrywam tego i postanowiłem na nowej płycie… może nie tyle postanowiłem, co samo się to narodziło przy pisaniu kolejnych kawałków. Zdałem sobie sprawę, że słowo „dzięki” powtarza się w połowie piosenek (śmiech), więc powiedziałem – płyta musi się nazywać "Dzięki". To nie było jakieś założenie, jakaś odgórna koncepcja, tylko fakt, który w pewnym momencie zaistniał.

Dla kogoś z zewnątrz LSM to takie typowe PRL-owskie blokowisko. Gdzie Ty tam masz te "góry, morze, lato, jesień, wiosnę i zimę, rodzinę, ekipę, spokój, adrenalinę…”?

Właśnie to nie jest takie typowe PRL-owskie blokowisko. Ono jest nietypowe! To jest moim zdaniem pokazówka, jeśli chodzi o architekturę wielkich blokowisk PRL. LSM projektował znany architekt Hansen. To był taki gość, który poświęcił chyba całe swoje życie, całą karierę architektoniczną, żeby udowodnić, że da się żyć w tych szuflandiach. On był w ogóle jednym z pierwszych, który zapoczątkował takie gigantyczne blokowiska. Tworząc, projektując LSM sieknął taką pokazówę. To momentami jest naprawdę spektakularne, mega zajebisty wąwóz… Jeśli chodzi o cały vibe i klimat, dla mnie to było coś takiego, że miałem tam swoją kulturę. Od początku miałem styczność z podwórkową kulturą, która absolutnie od zawsze była praktykowana i dbało się o nią. Starszyzna starała się małolatów wychowywać w pewien sposób. Miałem wrażenie, że LSM jest bezwzględną stolicą graffiti, hip-hopu i tak dalej. Wiele rzeczy tam się rodziło. Za małolata, w latach 90. łaziłem tam i podziwiałem malunki chłopaków na ścianach. Dojrzewałem z tym i mieszkając tam, byłem w tym wszystkim od razu. Doceniam to, bo to jest niesamowite. A góry, morze, lata, jesienie, zimy i cała ta historia jest tak naprawdę w ludziach. Jak ma się odpowiednich ludzi przy sobie, można czuć się na blokowisko jak w górach czy nad morzem. Nie ma z tym żadnego problemu, żeby spędzać czas jak na najlepszych wakacjach, właśnie tam, koło domu. Po prostu te góry, morza, te wieczne wakacje, to metafora ludzi, a zarazem hołd dla tej architektury i całego klimatu, który tam istnieje i trwa.

W "Dzięki" kontynuujesz, nazwijmy to, antyemigracyjny nurt w swojej twórczości, który rozpocząłeś w „Nie po to by łapać słońce”. Dzisiaj też graliście „Pierdol Amerykę”. Publika dość żywiołowo odpowiadała na Twoje "Amerykę, co?". Nie masz wrażenia, że potraktują to jako w pewnym sensie populizm? Po festiwalu wrócą do domu, wyśpią się i wieczorem oglądną sobie jakiś hollywoodzki film?

Mam nadzieję, że to tak nie będzie i zostanie to odebrane trochę inaczej. To jest coś, co mówi chłopak, który też się wychował i nałykał kultury amerykańskiej od dzieciaka. Żółwie Ninja, potem atak Mc’Donaldsów, Burger Kingów i wszelkich mega pięknych, niesamowitych amerykańskich objawień. Jestem też z tego pokolenia, które było niesamowicie zafascynowane takimi rzeczami. Urodziłem się w czasach, kiedy jeszcze nie było tego i nagle to się w pewnym momencie pojawiło. Wtedy wszyscy się tym zachłysnęli, takim…zachodem, Ameryką. Chcąc nie chcąc trwam w tej fascynacji do dzisiaj i teraz, kiedy mamy już w Polsce ten zachód, Unię Europejską pełną gębą to czas zdać sobie sprawę z tego, że takie łykanie bezkompromisowe wszystkiego tego, co jest podawane, nie ma sensu, bo tracimy swoją tożsamość. Byłoby mi szkoda, gdybyśmy stracili nagle polską tożsamość i niezależność. Zawsze byłem zajarany tym, że ludzie tworzą rap po polsku. Reggae też jest po polsku. Strasznie bym nie chciał doprowadzić do sytuacji, że nagle to wszystko zniknie i zaczniemy mówić po angielsku na imprezach. To nie o to chodzi. Nie mówię o narodzie amerykańskim., bo to nie o ludziach, którzy tam mieszkają jest ten kawałek. To nie oni są chujowi, ale rząd i taka zbrodnicza polityka tego państwa. Oni opowiadają całemu światu, że wszelkie inne narody to są narody terrorystów, a tak naprawdę największym terrorystą, tyranem, systemem totalitarnym to jest właśnie system amerykańskim. Tylko oni cały czas są niewinni, bo to bandziory w białych rękawiczkach. Nie brudzą sobie rąk. Mają gigantyczną moc przekazu. Ta moc jest taka, że wszyscy, którzy mają telewizję łykają to i muszą to łykać, bo nie ma innych wiadomości. W tej piosence chciałem właśnie z tego zdać sprawę, że państwo amerykańskie jest tyranem, który okupuje w tej chwili inne kraje. Ludzie cierpią, giną, jest wojna. Oni w tej wojnie uczestniczą, podsyłają broń i jest to taka polityka. Ten utwór zniesławia państwo amerykańskie i jego politykę, ekspansję medialną. Chodzi o to, żeby się zastanowić nad swoją tożsamością i nad tym, że nie wszystko, co rząd amerykański podaje na tacy to prawda i słuszność.

Mówisz, że nie możemy pozbywać się tej swojej polskości...

Tak…

… Andrzej Stasiuk pisał, że nie miałby nic przeciwko, żeby Lublin był stolicą Polski, bo niczego nie udaje i bardziej przypomina Polskę niż Warszawa, ze swoimi drapaczami chmur i importowaną wielkomiejskością…

Jeśli mowa o swojskość to się zgadzam w stu procentach! Nie do końca chodzi mi o taką tożsamość, jak targowisko na Ruskiej czy tego typu klimaty (śmiech).Bardziej chodzi mi o to, żeby nie zatracić w ludziach takiego poczucia tożsamości narodowej. Nie mówię jakichś oszołomach i skrajnych przypadkach. Najważniejsze jest to, żebyśmy mieli świadomość bogactwa naszej kultury. Mamy przecież rozwiniętą kulturę ludową, ale zapominamy o tym. Jest bardzo mało kapel, które łączą ze sobą muzykę ludową z muzyką, którą tworzą. Tego mi jest szkoda, że nie ma takiego poczucia tego, że mamy to dziedzictwo, które niestety jest zasypane gruzem po kryzysie komunistycznym, który miał miejsce przez długie lata. Zatraciliśmy to, a szkoda, bo na wsiach i w innych miejscach są takie bastiony, gdzie taką tradycję się szanuje i warto zwracać na to uwagę. Zamiast szukać non stop wzorców w świecie zachodnim, można mieszać je z naszymi. Myślę, że to jest sposób, żeby stworzyć coś oryginalnego – przyznać się do swoich korzeni i spoglądać szerzej na świat…

Jesteś z Lublina i mówisz, że zatraciliśmy pamięć o naszej ludowości? Folk przecież stąd wyrasta, zresztą Ci sami ludzie, którzy stworzyli Orkiestrę Świętego Mikołaja w tym roku organizują już 22. raz imprezę pod szyldem Mikołajki Folkowe.

Mam na myśli ogólnie nasz naród. Szanuję mega całą ekipę od Mikołajek Folkowych, Kapelę ze Wsi Warszawa, Żywiołaka i wszystkich tych, którzy kultywują te korzenie. Górale mają już wiele odłamów supernowoczesnej muzy połączonej z tradycyjną góralską i życzyłbym sobie żeby to się w dalszym ciągu rozwijało w tym kierunku. Fajnie, że tworzą się koła pieśni kresowej, które kultywują śpiewanie takie jak było pierwotnie i nawet nie łączą tego z jakąś inną stylistyką zachodnią. To jest piękne. Jest coraz więcej takich kapel, chociaż też nie do końca tylko o kapele mi chodzi. Mówię o całej kulturze. Od literatury, poprzez film, teledyski (śmiech), wszystko. Ni stąd ni zowąd, przynajmniej dla mnie, teraz pojawiła się twórczość Donatana, który jest producentem rapowym. Jego „Równonoc” to właśnie rap połączony z ludową muzyką tradycyjną. Piękna rzecz, oby więcej takich rzeczy. To jest właśnie to, o czym mówię.

Wąwóz na LSM-ie to środek dzielnicy. Te chilliki, grilliki i nuty z playerka nie przysparzały wam wrogów wśród starszych mieszkańców? Nikt nie przyklejał Wam łatki swoich, ale jednak trochę chuliganów?

Zawsze się znalazł ktoś, kto musiał do komendanta zadzwonić wcześniej czy później (śmiech). Nie ma opcji, bo takie mamy społeczeństwo, muszą dzwonić. Są tacy w narodzie, którym przeszkadza wszystko. Tak naprawdę na LSM, Krasińskiego, Irydiona jest luz. Nie ma akcji tak jak w innych dzielnicach Lublina, że przejeżdża radiowóz raz na trzy minuty. Na LSM da się funkcjonować, nie jest to dzielnica policyjna.

"Pani Irenka" to też szkic mojego dzieciństwa. Tłuczenie się na rolkach, kartridże do Pegasusa kuszące, pozornie, prawie tysiącem gier – cenne wspomnienie. Młodzi nie zrozumieją?

No ba! Właśnie chciałem opowiedzieć jak to kiedyś było. Szło się na targ i miałeś tam cały świat. Od kaset z muzą, oczywiście wszystko nielegalnie, chociaż nikt o tym nie wiedział (śmiech). Mogłeś kupić właśnie te kasety, wszystkie gry do Pegasusa importowane nie wiadomo skąd, czy to z Chin czy z Japonii. Niby wszystko system Nintendo, a tak naprawdę ni stąd ni zowąd jest to opcja jakaś taka polska. Pamiętam kartridże, gdzie było napisane po polsku, spolszczone nazwy. „Czip i Dejl” miałem napisane na jednej. Było spoko. Pani Irenka natomiast na tym targu jest od zawsze. Moja mama jak była mała, to też pamięta, że chodziła tam na gofry. To miejsce, gdzie ona robi gofry jest miejscem, gdzie naprawdę nic się nie zmieniło od tylu lat, że sam jestem w szoku. Przychodzę tam teraz i nagle mam przed oczami siebie jak miałem 3 lata. Dokładnie ta sama boazeria, tak samo pachnie, pani Irenka wygląda zupełnie tak samo, robi gofry, które smakują identycznie. Jest to miejsce nieskażone biegiem czasu. To jest kolejna opcja dotycząca tej tożsamości, o której mówiłem. Coś, co było zawsze mega dobre, nadal takie jest i nigdy się nie zmieniło. Wiele ludzi może powiedzieć, że to źle, że się nie zmieniło, bo powinno się świecić na żarówiasto i być o wiele bardziej rozsławione i tak dalej, ale te gofry by wtedy inaczej smakowały, a tego byśmy nie chcieli (śmiech). I o tym jest ta piosenka.

Zrobiłeś Pani Irence solidną reklamę. Po samym fanpage-u Gofrów na Facebooku widać, że fanów szybko przybywa. Dzisiaj lajków było 1400. Wiesz jak ona sama zareagowała na piosenkę? Słyszała ją?

Poważnie? Powiem szczerze, że ja się wstydzę do niej pójść teraz normalnie, bo nie wiem czy jej się ta piosenka podoba i nie pytałem jej o zdanie. Mam nadzieję, że nie zrobi jej to źle. Niech ludzie przychodzą i jedzą te gofry, bo są najlepsze na świecie…

Który jest najlepszy?

Ja to standard: kakao, rodzynki, bita śmietana (śmiech). Zawsze tam wchodzę, pani pyta „To co zawsze”? No jasne, że to, co zawsze. Mam nadzieję, że pani Irenka się nie obraziła na tą piosenkę. Muszę iść sprawdzić.

Stwierdzasz, że gofry z Wileńskiej to „nieliczne LSMu wdzięki”? Jak to, przecież dopiero w „Dzięki” słyszałem ile zalet ma LSM?

(śmiech) Masz rację, przeczę sam sobie. Chodziło mi o to, że to taki prawdziwy wdzięk, który może docenić ktoś z zewnątrz. Ktoś tam przyjdzie, spróbuje tych gofrów i powie „Kurde, one są naprawdę zajebiste.” A jak taki ktoś przyjdzie na LSM i spędzi tam 3 godziny to nie zauważy innych wdzięków, więc to nazwijmy wdziękami „oficjalnymi”, które każdy może tak odebrać. To miałem na myśli.

Jadąc na festiwal, usłyszałem w tramwaju, że dzisiaj będzie ogień na Dancehall Masak-rah, nagrałeś też dla tej imprezy psalm pochwalny, dzisiaj ze sceny głównej zresztą żywiołowo zapowiedzieliście się. Dlaczego już nie będzie można zobaczyć Was co czwartek w Mandali? Wypaliliście się w Warszawie?

Nie wiem czy się wypaliliśmy, raczej nie. Bardziej chodzi o to, że ja mieszkam w Lublinie, Drajwa uczy, Pawełek ma potomkę (śmiech). Każdy ma jakieś swoje zajęcia, a poza tym, co za dużo to niezdrowo. 4 lata, impreza co tydzień. Ileż można? Wpadliśmy trochę w tarapaty, bo wypadliśmy z radia, potem mieliśmy pół roku przeprowadzek z jednego klubu do drugiego i to też nam nie za dobrze zrobiło. Stwierdziliśmy, że lepiej zrobić imprezę raz na miesiąc, a dobrze. Będziemy mieli satysfakcję i energię od ludzi, przyjdzie ich może więcej. Te cotygodniowe imprezy w pewnym momencie zaczęły się robić już takie trochę na siłę.

Kiedy wypadliście z radia, poprzez Facebooka, siłę pokazali fani audycji, którzy… powiedzmy ładnie – wyrażali niezadowolenie z tego, że Dancehall Masak-rah została zdjęta z anteny.

Miło nam, że tak ludzie komentowali. Moje stanowisko jest takie, że jeśli usunęli nas z radia z jakichś przyczyn, których nam nie podali, to jest najzwyczajniej w świecie ich strata. My sobie poradzimy (śmiech). Chodzi o to, że szkoda, bo nie ma póki co w eterze dancehallu, więc to jest strata rozgłośni radiowej. Teraz mają inną audycję. Może to nieskromne, ale mam wrażenie, że to szkoda dla ogółu, że brakuje tej muzyki, w ogóle audycji z konkretnymi odłamami muzyki. Zawsze jest audycja muzyczna, gdzie się puszcza każdy rodzaj muzyki i nikt tak naprawdę o tej muzyce nie mówi, tylko towarzyszy ona audycji na jakiś całkiem inny temat. Radio to jest jednak coś do słuchania, więc kojarzy się z muzyką, a tu nagle inne kwestie się porusza. Myślę, że wcześniej czy później gdzieś do eteru wrócimy. Mamy taki plan.

Śmiało można powiedzieć, że Lublin to jedna z kolebek polskiego reggae, a imprez większego formatu jak na lekarstwo. Nie myśleliście o kolejnych edycjach LSM Festu?

Oj, to była trauma dla nas ten LSM Fest. Zrobiliśmy to w hali sportowej na LSM. Nie było to łatwe. Bardzo dużo nerwów, jakichś nieporozumień. Mówię za siebie: ja się nie czuję na tyle na siłach, żeby brać odpowiedzialność za tak wielki festiwal ogólnopolski, gdzie zapraszasz ludzi z całego kraju albo i zagranicy i to wszystko trzeba ogarnąć. Ja chcę grać i raczej się skupiać na tym, żeby coś tworzyć dla ludzi, a nie organizować to. Ja do organizacji jestem ostatni i niektórzy członkowie Love Sen-C Music mają podobnie. Jeden czy dwóch zawodników to za mało, żeby takie duże przedsięwzięcie ogarnąć. W związku z tym na razie nie planujemy czegoś takiego. Może w przyszłości. Nigdy nie mów nigdy.

Na płycie nie mogło zabraknąć słowa o Greenwarze. Jak skomentujesz to, że po zatrzymaniu Kory za posiadanie marihuany w jej obronie wypowiadał się prezydent Kwaśniewski? Przyznał on, że ustawa karząca za posiadanie najmniejszej ilości marihuany, którą podpisał w 2000 roku była błędem.

Kutafon…

...mam tak napisać?

Możesz. Ja mam w dupie, co on sobie mówi z perspektywy czasu. Powinien był powiedzieć to wtedy. Był dorosłym człowiekiem, ten problem wówczas istniał. Jestem pewien, że jeśli teraz ma świadomość tego problemu, to miał ją też wtedy. Co nam daje to, że on to mówi teraz? Nic, bo on w polityce jest już nikim. Najgorsze jest to, że słusznie wypowiadają się ci, którzy de facto nie mają już nic do powiedzenia. To jest cały czas znamienne dla tej sprawy. Nagle zmieniły mu się poglądy? No szacun, niech je ma, co nie zmienia faktu, że jest jak jest. Bardziej jestem zły na naszego krajana, pana Palikota, który obiecuje, obiecuje, a tak naprawdę ma w dupie, robi jakieś kongresy, zupełnie nie zajmuje się tą sprawą, chociaż zrobił z tego jeden z większych argumentów przedwyborczych. Gdyby nie ten argument, że jest za i oficjalnie będzie o to walczył, to podejrzewam, że nie ma szans, żeby przeszedł. Na niego jestem jeszcze bardziej zły. Ja już po prostu nie ufam im. W ogóle. Jestem w stu procentach pewien, że oni to robią tylko i wyłącznie, żeby zarabiać pieniądze i tylko dla siebie. Jeśli nawet im jakaś wizja przyświeca, to i tak obumiera, kiedy się tam dostaną. Ja już nie chcę mieć z nimi nic do czynienia. Nie głosuję na nich.

Moja znajoma żartobliwie spytała, czy teledysk do „Ludzie nie zniszczą nic” nagrywaliście w Ogrodzie Saskim w obecnym remoncie. Chonabibe nie ma już jakiś czas, Behemot Cafe przez to, co się dzieje w Saskim jest zamknięty. Jest gdzie robić imprezy w Lublinie?

Imprezy? No jest, jest Dom Kultury…

…ale mówiłeś, że jest za mały?

No tak, jest mały, sam dancefloor jest mały, ale jest to jakaś alternatywa. Póki co jest bardzo sympatycznie. Klimat jest ok, nagłośnienie jest całkiem spoko, Pol – Audio, bardzo dobre głośniki, imprezy robi się też spoko. Ludzie przychodzą, ochrona jest ok, wszystko gra póki co. Nie chcę mówić hop, ale to może być taka świetlana przyszłość. Jest też duży klub, Graffiti, gdzie się robi duże koncerty raz na jakiś czas i też jest wszystko ok.

W teledysku do „Spieszmy się” rozpoznaję targ na Wileńskiej – to miejsce chyba darzysz szczególnym sentymentem, Świętoduską, Zana, Stare Miasto, Krakowskie Przedmieście, Plac Wolności, Plac Litewski, Dworzec PKP... Przebywasz na rowerze sporą część miasta. W Lublinie ludzie naprawdę aż tak się spieszą? Zawsze miałem wrażenie, że to spokojne miasto?

(śmiech). Wiadomo, że bardziej śpieszą się w Warszawie, ale nie chciałem kręcić Warszawy, tylko Lublin. I tyle, nie ma tutaj więcej czego się doszukiwać, jeśli chodzi o ideologię. Wydaje mi się, że w Lublinie właśnie ludzie się tak nie śpieszą, dobrze mówisz, to spokojne miasto. Tak jest, tylko staraliśmy się oddać ten pęd w Lublinie, bo nie chcieliśmy jechać do Warszawy, tam gdzie się śpieszą naprawdę. Klip opowiada o tym, że wszystko jest w pędzie, więc chyba nawet w Lublinie udało się to odwzorować. Poza tym przyśpieszyliśmy obraz (śmiech).

Swoje 5 minut dzięki teledyskowi ma także Antykwariat pana Tomasza Okonia na Lubartowskiej. Pan Okoń, pani Irenka. Można powiedzieć, że napędzasz lubelską gospodarkę.

Najlepsze jest to, że nieświadomie. To nie są jakieś założenia. Pan Tomasz Okoń za namową mojego teścia zgodził się, żeby udostępnić nam ten lokal, a tam u niego czas też się zatrzymał. Chciałem więc jako senior seniora Stress nawijać w takim miejscu, gdzie się czas zatrzymał i jest zaklęty w tych przedmiotach i tym całym pomieszczeniu i się to udało. Jesteśmy mu wdzięczni za to.

"Ludzie już nie zniszczą nic" to taki Twój manifest powrotu do natury i nie jesteś w tym gołosłowny. Faktycznie zamienisz betonową dżunglę na tą "wiochę"?

Do tego cały czas staram się dążyć. Nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem ekologiem i żyję w zgodzie z naturą. Wręcz przeciwnie. Na razie jestem wieśniakiem z miasta, który wpieprza co mu podadzą w tych wszystkich budkach świecących, żarówiastych. Nie mniej jednak uważam takie uniezależnienie od tego za realne. Można żyć w tej chwili niezależnie, jeśli chodzi o żywność, energię elektryczną i wodę. To są wystarczające elementy, żeby człowiek mógł przetrwać. Będę robił w swoim życiu, co się da, żeby tak żyć wcześniej czy później. Jakieś tam kroki poczyniłem już ku temu i byłoby pięknie, gdyby się udało.

Nie boisz się, że "Wieś się niesie" zostanie źle odczytana…

…ona już została błędnie odczytana!

Właśnie. Widziałem w Internecie taki wpis o Tobie: "kpi z moich klimatów, Tarzan Betonowy!"

Betonowy Tarzan…(śmiech) Po pierwsze Tarzan z Betonowej Dżungli to nie o mnie, tylko o tarzanach, takich, którzy naprawdę nimi są i się pucują do tego żeby nimi być. Po drugie jest tak, że nie wiem czemu niektórzy nie mogą zrozumieć, że to jest pastisz i jaja z samego siebie. Ja się śmieję, bo sam spędzam ostatnio większość czasu na wsi i mam tak, że najzwyczajniej w świecie to nie jest numer naśmiewający się ze wsi, tylko naśmiewający się z ludzi z miasta na wsi. Tacy, którzy nie potrafią się na łonie natury odnaleźć i uważają to za dziwne, przerażające wręcz i tak dalej.

I też jesteś takim obciachowym mieszczuchem na wsi?

Nie, staram się być normalny. Jakoś się nad tym nigdy specjalnie nie zastanawiam. Na pewno jest mi nie za lekko się dostosować do pewnych klimatów panujących na wsi, zwłaszcza jeśli chodzi o naturę. Trudno jest mi to wszystko zaakceptować i przegryźć. Tak jak już powiedziałem: nie jest to numer naśmiewający się ze wsi, tylko z ludzi z miasta na wsi. Tyle. Śmieję się tam z siebie samego. Nie z was, ludzi ze wsi. Jeśli czujecie, że się śmieję z Was, wtedy tak jest. Dla wszystkich pozdrowienia! Dzięki!

KONCERTY

FORUM

Co robicie w weekendy

20.10.2017 | 08:53 przez Jogin

JESTEŚ NOWY? Tu się przywitaj!

19.10.2017 | 20:03 przez ericos

Wakacje w Polsce czy zagranicą?

19.10.2017 | 20:02 przez ericos

Witam

19.10.2017 | 20:01 przez ericos

Szukam zespołu

19.10.2017 | 19:43 przez Moggi

Idea kredytu hipotecznego i rat

19.10.2017 | 19:42 przez Moggi

WYWIADOWNIA

Rozmowa z Krystianem „K-Jah” Walczakiem – muzykiem, kompozytorem, producentem muzycznym, przygotowującym się do wydania płyty z własną muzyką, z gwiazdorskim składem muzyków reggae z całego świata.

Miłość to potężna siła

Rozmowa z Krystianem „K-Jah” Walczakiem – muzykiem, kompozytorem, producentem muzycznym, przygotowującym się do wydania płyty z własną muzyką, z gwiazdorskim składem muzyków reggae z całego świata.

Linki